|
Retrospektywa 25 lat współpracy Hanoweru z Poznaniem –
przemówienie wygłoszone przez dr Lothara Nettelmanna
w dniu 16.09.2008
Chciałbym przede wszystkim wspomnieć
o tym, co wielu nie jest znane. I tylko krótko chciałbym powiedzieć o tym,
o czy zawsze się mówi.
Wszystko zaczęło się 25 lat temu,
właściwie to jeszcze wcześniej. Patrząc wstecz widzę szeroki układ
odniesienia. Ja, a jak przypuszczam również wielu moich rówieśników,
zacząłem interesować się polityką już w latach 60-tych będąc w szkole. Z
zainteresowania, zdobytej wiedzy o historycznych związkach, wyrosła
ciekawość tego, co do dziś było tajne. Z tego zaś narodziła się gotowość i
chęć zaangażowania.
Moim nauczycielem, który w tamtych
latach, w gimnazjum im. Matthiasa Claudiusa, motywował mnie w dziedzinie
nauk politycznych, był Wolfgang Scheel. W Bismarckschule kończył swój
referendariat (okres zatrudnienia w szkole
i pracy z dziećmi) i zaangażował się w sprawy Izraela, a potem - jako
współpracownik i kierownik Niedersächsische Landeszentrale für Politische
Bildung – w sprawy Polski. To w naszej szkole zapoznał się z ideą UNESCO.
Idea ta wcześnie stała się dla mnie wzorem do naśladowania.
Dokładnie 40 lat
temu, w sierpniu/we wrześniu 1968 wydarzenia w Czechosłowacji spowodowały,
że trwale zainteresowałem się Europą Wschodnią. To, że w tamtym czasie w
Warszawie milicja zaatakował pałkami studentów, studenci, asystenci i
profesorowie zostali wyrzuceni z polskich uniwersytetów albo zmuszeni do
emigracji, tutaj, na Zachodzie, zostało ledwo zauważone, mimo że również w
latach 1967-68 w państwach zachodnich też „coś się działo”. Niestety,
wydarzenia te są obecnie etykietowane i wykorzystywane; często przez tych,
którzy nie mają znajomości rzeczy lub wówczas nie zrozumieli, o co
właściwie chodziło młodym ludziom.
Systemy „bloku
wschodniego”, jak się wtedy mówiło, chwiały się coraz bardziej, i to mimo
dywizji pancernych i rdzewiejących zasieków na granicach. Potrzebowano
nowego wroga, dlatego ciągle wywoływano falę antysemicką i antyizraelską
oraz antyzachodnią, którą potem np. nazwano „antyimperialistyczną”. To
polityczne wydarzenie wywołane przez rządzących Europą Wschodnią
spowodowało wielki upadek kultury politycznej i nauki.
W tamtych
tygodniach siedziałem ciągle przed telewizorem. Służyłem wtedy w armii,
jako podoficer miałem w koszarach własny telewizor i mało do roboty.
Mogłem więc w austriackiej telewizji śledzić relacje z Pragi.
Moje
zainteresowanie Europą Środkowo-Wschodnią obudziło się na dobre. Chciałem
wiedzieć wszystko o tym o tym nieznanym obszarze i w czasie studiów
zajmowałem się tym wszystkim, co nazywamy naszą historią najnowszą.
Wspominam to,
ponieważ uważam, że wielu, którzy obecnie zaczynają należeć do starszego
pokolenia, przeszło podobną zmianę kursu i każdy u nas jak i w Polsce, na
Węgrzech i w dawnej Czechosłowacji, z pewnością też w NRD, posiadał własne
doświadczenia kluczowe.
Słowa te kieruję
też do młodszych, idea UNESCO ma dla tej szkoły funkcję przewodnią i musi
pozostać moralnym obowiązkiem.
25 lat wymiany uczniowskiej oznacza
ćwierć wieku wspólnie podejmowanej różnorodnej działalności, radość,
rozmowy, kulturę, również usuwania historycznego gruzu, oraz tworzenia
przyjaźni i świętowania.
U nas w Hanowerze wszystko zaczęło
się dużo wcześniej. Znaleźli się Hanowerczycy, członkowie rady miasta,
administracji, ekonomiści i członkowie stowarzyszeń, którzy jeździli do
Polski, przede wszystkim do Poznania. Wkrótce próbowano poprawnie
wypowiadać nazwę miasta.
Pierwsze podróże naukowe
zorganizowane przez Niedersächsische
Landeszentrale für Politische Bildung miały miejsce w latach 60-tych.
Jeden z uczestników, urodzony we Wrocławiu nauczyciel tej szkoły, zakupił
dla biblioteki szkolnej literaturę o Polsce i już dużo wcześniej zajmował
się Polską na prowadzonych przez siebie zajęciach historii. Jako
tymczasowy pracownik ministerstwa oświaty i doradca metodyczny wiedzy o
społeczeństwie używał swoich wpływów.
W Poznaniu
zainteresowanie rozmówców było wyraźnie większe niż to oficjalnie
dopuszczała Warszawa. W pogotowiu czekali politycy, ekonomiści i
nauczyciele. Komunistom, również tym o orientacji promoskiewskiej, i
„betonowej frakcji”, jak ją później nazywano, było to cierniem w oku. SED
(Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec) od początku próbowała wbijać klin
w zapoczątkowany proces zbliżenia, współpracy, pojednania i porozumienia.
Wschód chętnie używał wtedy pojęcia normalizacji, miało ono jednak inną
konotację, oznaczała ona bowiem uznanie przez Zachód istniejącego stanu
rzeczy, czyli próbę politycznej stabilizacji na Wschodzie, co jak się
okazało, nie podobało się mieszkającym tam ludziom.
Do tych, którzy
na początku lat 70-tych uczestniczyli w podróży naukowej dla nauczycieli,
należeli m.in. Ulrich Bauermeister, Albrecht Riechers, zajmujący się
polityką kulturalną Wolfgang Scheel i Rolf Wernstedt.
Ja sam
zaangażowałem się przypadkowo w roku 1975, gdy chciałem zorganizować
podróż naukową z moimi uczniami z kursu uzupełniającego chemii i
przedstawiciel Landeszentrale, Wilfried Wiedemann, prywatnie zaproponował
mi wyjazd do Polski. Wyjazd znalazłby wsparcie pod każdym względem, co też
miało miejsce. Drugi i trzeci wyjazd z uczniami i niektórymi
nauczycielami, zostały również zorganizowany prywatnie w czasie ferii
wielkanocnych w 1977 i 1979 roku. Tak samo podróż naukowa we wrześniu 1980
na życzenie MSZ w Bonn i z osobistym przyzwoleniem ministra oświaty. Był
to gorący okres strajków, kiedy to w Gdańsku prowadzono negocjacje i
powstawała Solidarność. My – uczestnicy kursu w podróży naukowej – byliśmy
poniekąd świadkami wydarzeń o znaczeniu światowym.
Na moje wyraźne
życzenie odwiedziliśmy w roku 1979 szkołę, w której nauczano niemieckiego
jako języka obcego, właśnie V LO. Po wymianie uprzejmości, rozmowach o
polskim systemie szkolnictwa i innych „drugorzędnych sprawach”,
przeszliśmy do sedna sprawy. Ku mojemu zaskoczeniu ze strony polskich
nauczycielek padło wyraźne gorące życzenie: „ Musimy zapoznać naszych
uczniów ze sobą!”. Dyrektor Henicz wsparł życzenie powściągliwym
uśmiechem, ale był on jednoznaczny. Wszyscy patrzyli na nas a my
odczuwaliśmy głębokie życzenie, ale też i powątpiewanie wobec panującej
wówczas sytuacji, czy uda się zrealizować to życzenie, i z drugiej strony
poczucie ukrytej bezradności. Ale jednocześnie mieliśmy nadzieję: „Wy
możecie i musicie to przeforsować!” I: „Wspólnie musimy walczyć, damy
radę!”
W roku 1980
doszło do ponownej wizyty. Mogłem teraz wręczyć zaproszenie dyrektora
naszej szkoły, poparte przez ministra oświaty (był nim wtedy Remmers) i
nadburmistrza. Chciałem zaraz wyjaśniać kwestie organizacyjne. Było dla
mnie jasne, że to nie pójdzie tak szybko i poza tym nikt na faktycznie nie
liczył.
W roku 1978
Gerhardt Voigt zorganizował w Bismarckschule we współpracy z domem
wypoczynkowym w Linden „Polski tydzień”. Impreza odniosła duży sukces.
Informowały o niej media, polski ekspert reprezentujący ambasadę w Kolonii
wziął udział w dyskusji panelowej.
W wielu szkołach
w Dolnej Saksonii widać było podobne początki takiej aktywności. Były to
projekty przygotowujące do wyjazdów naukowych. Brema, Getynga i Hamburg
rozpoczęły wymiany uczniowskie. Gerhardt Voigt przeprowadził w latach
80-tych i 90-tych wiele podróży naukowych dotyczących różnorodnych
aspektów.
Lata 70-te to
czas zaczynającej się przemiany przez zbliżenie. Była nadzieją na reformy
na Wschodzie. Wszyscy wspierali partnerstwo kulturalne. Nie wolno
zapomnieć o aspekcie gospodarczym: handel na Wschodzie rozwijał się dobrze
i dawał duże profity Zachodowi.
Rozwój
partnerstwa szkół miał dramatyczny przebieg. Po naszej wspólnej euforii,
która znalazła wyraz w odpowiednich wnioskach, administracja szkoły i
miasta zaaprobowała przedstawione procedury.
Szybko doszło do
prób zahamowania: powiał mroźny, przeciwny wiatr z Warszawy, sprawcą
trudności nadal był Berlin Wschodni. Tam nadal czuli strach przed „wielkim
bratem” z Moskwy. Wreszcie dowiedzieliśmy się o wszystkim, co rozgrywało
się w tle, ale nie od zainteresowanych, którym nie wolno się było
wypowiadać, tylko od polskich dziennikarzy i innych ludzi, którzy mieli
wgląd w partię i administrację w Warszawie. Tak, byli tam wykwalifikowani
i pełni zaangażowania ludzie, którzy robili wszystko, aby zachować
rozsądek i odejść od doktryny prowadzającej system do ruiny. Należeli do
nich naukowcy i wysocy rangą pracownicy oświaty. Robiło to mocne wrażenie
i dodawało odwagi. W NRD takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia. Polacy
mieli istotny interes w kulturalnych, naukowych i gospodarczych
kontaktach. RFN stanowiła dla nich drogę decydującą o wyjściu z ciężkiego
położenia i ślepej uliczki wschodniego „realnego socjalizmu”.
Pierwsze pisemne
zaproszenie z naszej strony tyczyło września 1981. VLO prosiło o
przesunięcie terminu na następny rok. 13 grudnia 1981 ogłoszono stan
wojenny. Wszystkie kontakty z Polską zostały zawieszone. Głęboki kryzys
doprowadził do agonii polskiego społeczeństwa. Hanower pomagał w
różnorodny sposób, ale nie to stanowi temat.
Naszą
zdecydowaną wolą było przełamanie lodów i doprowadzenie do odwilży.
Wymieniam to wschodnioeuropejskie pojęcie nadziei, które prawdopodobnie
nieznane jest młodemu pokoleniu. „Teraz właśnie tym bardziej”! Byliśmy
przekonani, że dokonamy tego. Z Polski nadchodziło wiele sygnałów:
„Musicie to zrobić i macie ku temu możliwość!”
Wprowadzenie
stanu wojennego załamało falę nadziei na pokojową przemianę w stronę
pokoju i dobrobytu. Cały kraj ogarnęła apatia. Było to deprymujące również
dla nas, i tutaj, w szkole, nosząc znaczek Solidarności wyrażaliśmy
wewnętrzną więź z Polakami.
Czy stan wojenny
zapobiegł złemu czy też oznaczał przestępstwo na własnym narodzie, nigdy
nie zostało wyjaśnione. Z pewności był to znak do ostatecznego sprzeciwu
zdemoralizowanego systemu.
Po tym szoku
było jasne, że my, na bezpiecznym Zachodzie, musimy pozostać rozsądni i
mądrze działać. To powinno i musiało mieć miejsce przede wszystkim w
sferze ludzkiego porozumienia.
Wkrótce potem
polska ambasada w Kolonii zaprosiła przedstawicieli towarzystw
niemiecko-polskich na rozmowę dotyczącą poszukiwania rozwiązania tej
prawie beznadziejnej sytuacji. Z dyplomatycznych względów nie zaproszono
polityków. Postawiono na honorowych przedstawicieli procesu porozumienia.
Zgodziliśmy się uczynić wszystko, co było w ludzkiej mocy. Miałem zaszczyt
uczestniczyć w tym spotkaniu w dniu, kiedy nikt oprócz nas w Kolonii nie
„pracował”. Był to poniedziałek zapustny 1982.
Z powodu trudnej
i niepewnej sytuacji gospodarczej Polski w roku 1981 wymiana nie mogła się
rozpocząć, w roku 1982 na przeszkodzie stanął stan wojenny. Po pierwszych
złagodzeniach jego restrykcji, które jednocześnie sygnalizowały wymykanie
się władzy z rąk rządzącej w Polsce partii, kolejnym możliwym terminem był
wrzesień 1983.
Wspominam to,
ponieważ trudno jest wyobrazić to sobie dzisiejszemu pokoleniu, a wkrótce
stanie się ten czas zapomnianą historią. A kiedyś stanie się historią
minioną i nieciekawą, którą zajmować się będą tylko nieliczni historycy,
którzy nadto narażeni są na niebezpieczeństwo polityczno-aktualnej i
długoterminowej instrumentalizacji.
We wrześniu 1983
doszło wreszcie z pomocą różnych stron do przełomu: nadburmistrza Hanoweru
H. Schmalstiega, prezydenta miasta Poznania A. Wituskiego, prorektora UAM
prof. H. Orłowskiego. Szczególnie ten ostatni uczynił wiele dobrego.
Politycy zajmujący się oświatą u nas jak i w Warszawie, działając z pełnym
przekonaniem sprawili, że wymiana stała się możliwa!
W Bonn już
wcześniej pomocą służył Herbert Wehner, który wykorzystał swoje kontakty.
Na konferencji w
Loccum U. Bauermeister, ja i polityk Jochen Vogel, który dysponował
odpowiednimi kontaktami, poprosiliśmy o wsparcie. W Warszawie Mieczysław
Rakowski zaangażował się w rozbicie betonu w biurze politycznym i MSZ.
Gdy już po raz
drugi wszystko przygotowaliśmy, dostaliśmy zaproszenie do pierwszej wizyty
w naszej partnerskiej szkole w Poznaniu we wrześniu 1983. Wizyta ta miała
piękny, bardzo emocjonalny przebieg. Relację o niej zamieściły
„Arnoldshainer Texte”.
Powinniśmy
zastanowić się również nad tym, dlaczego zrobiliśmy to wspólnie. Nie
chciałbym teraz wymieniać tych wszystkich koleżanek i kolegów z Hanoweru i
Poznania, którzy z biegiem lat angażowali się w wymianę. Wielu z nich jest
obecnych i wie o tym. Bardzo ważnym jest dla mnie osobiście, aby wspomnieć
o dwóch doskonałych nauczycielkach niemieckiego, p. L. Brudło i p. D.
Sziłajtis. Na pierwszy rzut oka robiły wrażenie bardzo surowych, jakby
wyrazili się Ernest Beiße i Edgar Kalthoff. Koledzy ci też na swój sposób
zaangażowali się w naszą pracę. Niestety, zarówno oni jak i p. Sziłajtis
już nie żyją.
Równie mocno
zaangażowani byli ówcześni ambasadorowie i inni pracownicy ambasady PRL,
a od roku 1990 RP, oraz długoletnia radca ambasady do spraw kulturalnych
p. mgr
M. Kempa.
Początkowo
kierowały nami, nauczycielami, uczucia. Dla uczniów było to raczej
oczekiwanie czegoś nowego, nieznanego i dalekiego.
Przed wyjazdem
wielu usłyszało od swoich rodzin, przyjaciół i znajomych nieoczekiwane
opinie i uwagi. Bardzo wielu Niemców ma swoje korzenie na Wschodzie oraz
własne doświadczenia z historią najnowszą. Kiedy byli dziećmi, o wielu
sprawach nie mówiono im. Niektórzy uczestnicy wymiany dostali adresy
rodzin, które kiedyś mieszkały w Poznaniu. Nasi uczniowie byli postrzegani
przez rodziny gospodarzy jeszcze inaczej, przez pryzmat historii. Z reguły
witało ich wielu członków rodziny. Często dziadek pokazywał, jak dobrze
włada niemieckim. Lub posługiwał się kulawą niemczyzną, której nauczył się
na robotach przymusowych w Rzeszy, jak jeszcze długo mówiono w Polsce. Od
końca wojny do naszej pierwszej wizyty minęło już jedno pokolenie.
A potem
przychodził dziadek lub babcia, którzy przymusowo pracowali w „Rzeszy” w
jednej z wielu kierowanych przez Niemców fabryce zbrojeniowej w tzw.
„Kraju Warty” albo „Generalnej Guberni” lub cierpieli w obozie
koncentracyjnym, musieli pracować na wsi u bauera albo harować na bagnach
w powiecie Emsland, jak np. prof. Czubiński, a miał on wtedy 14 lat. Jako
dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu wspierał nasz wspólny projekt.
Był zagorzałym komunistą i prowadził ożywione dyskusje z chadekiem
Wernerem Remmersem, pochodzącym z Emsland. Obaj zapewnili sobie wzajemny
głęboki szacunek.
W ten sposób
młodzież nie mogła dojść do tego, czego właściwie chcieli: wspólnie
słuchać muzyki, rozmawiać o tym, co interesowało ich pokolenie, spędzać
czasu wolnego razem na swój sposób.
Każdy hanowerski
uczeń lub nauczyciel różnie „przerabiał” własne spostrzeżenia. Nie
mogliśmy uporać się z sumą tych wszystkich wrażeń. Obok szkoły czekały na
nas muzea
i przede
wszystkim przyjemności: kąpiel w jeziorze, lody na Starym Rynku dla
młodzieży a dla nauczycieli kawa w kawiarni na wprost renesansowego
ratusza z koziołkami, które pojawiają się w południe.
Wieczorami
byliśmy zapraszani. Mimo kryzysu lat 80-tych polska gościnność była
imponująca, czasami „trudno było się z nią uporać” przy kolacji.
Miejscem
zakwaterowania musiał być Dom Młodzieży, taki był wymóg administracyjny. W
Poznaniu był to akademik, w Hanowerze schronisko młodzieżowe. Ale to
szybko minęło i goście oczywiście nocowali u rodzin.
W roku 1984
nadleciał przeciwny wiatr od strony „betonowej frakcji” w Warszawie – jak
się później dowiedzieliśmy, nacisk wywierał Berlin Wschodni. Dyrektor
Henicz musiał nam zaproponować, aby całość przekształcić w jakąś formę
rekreacji młodzieży, np. na Mazurach.
Podczas
pożegnalnej kolacji w restauracji wspólnie wpadliśmy na szczęśliwy pomysł,
aby wymianę połączyć ze szkołą i jakimś rozsądnym sposobem spędzenia
wolnego czasu.
Tzn.: kilka dni
szkoły z obowiązkowym zwiedzaniem a potem kilka dni żeglowania. Ta
propozycja okazałą się pełnym sukcesem. Był to prawdziwy „przebój”.
Mieszkaliśmy w namiotach, myliśmy się w jeziorze. Wspólnie
przygotowywaliśmy posiłki. Była to naprawdę fantastyczna sprawa. My
zorganizowaliśmy kurs surfowania na jeziorze Steinhuder Meer. Kolejnym
etapem było opracowanie punktów widzenia ekologii. Przeprowadzono badania
hydrologiczne w terenie, które w tej formie dla polskich kolegów były
wcześniej niemożliwe. Uzupełniliśmy brakujące przyrządy i materiały. W ten
sposób przyrząd pomiarowy, który „zdobyłem” od przemysłu chemicznego,
dostał się naszej partnerskiej szkole jako stały depozyt, tzn. pozostał do
dalszych badań.
Podstawowa idea
wymiany rozwijała się nadal, np. przez wspólne wycieczki do Wrocławia,
Torunia (miejsca urodzin Kopernika) i Warszawy, w Tatry , do Hamburga,
Bremy, Goslar i Szlakiem Renesansu Wezerskiego.
Powstał też inny
ważny aspekt, a mianowicie włączenie innych koleżanek i kolegów w wymianę.
Kilkakrotnie przyjeżdżali nauczyciele innych przedmiotów, aby poznać
dydaktyczne i metodyczne założenia Bismarckschule. Idealnie nadawały się
języki rosyjski i angielski oraz biologia i geografia. Dalszy etap, jakim
była wymiana nauczycieli, przebiegał raczej ostrożnie, opcja jest nadal
aktualna.
Trzecim filarem
wymiany, który został najpierw ustalony, było partnerstwo między
germanistami Uniwersytetu w Hanowerze i UAM w Poznaniu. Niestety, zamysł
spalił na panewce, ponieważ Hanowerczycy nie byli zainteresowani
niemieckim jako językiem obcym, co było sprawą pierwszoplanową dla
Poznaniaków. Z drugiej zaś strony seminarium języka niemieckiego położyło
naukowy nacisk na badanie języków afrykańskich, co jest bardzo istotne dla
zachowania dziedzictwa światowego.
Od lat na
pierwszym planie stoi aspekt spotkania. Koncepcje
szkoły goszczącej w danym czasie i organizacji własnej uczniów równoważą
się. Wykorzystuje się tutaj np. wydarzenia o randze światowej, jak EXPO
2000 w Hanowerze czy Europejskie Spotkania Młodzieży w Poznaniu.
Jakie działania zostały jeszcze
podjęte? Z hanowerskiego punktu widzenia mogę jeszcze trochę dopowiedzieć,
ale przypuszczam, że w Poznaniu na różnych płaszczyznach działo się
podobnie. To jest to, co opisuje się następstwem działań, oceną
towarzyszących doświadczeń, wykorzystaniem w szkole w trakcie regularnych
zajęć lub projektów. Przede wszystkim chodziło o długoterminowe
wykorzystanie zebranych doświadczeń.
Wtrącenie: w roku 1988 miałem
zaszczyt witać kuratora oświaty. Chciał poznać nasz system oświaty. Obok
oficjalnych wizyt w ratuszu i ministerstwie, które zorganizował dla niego
U. Bauermeister, były też hospitacje.
Na jego prośbę towarzyszyłem mu w dwóch szkołach. Pierwszą była szkoła
specjalna w Buchholz, której wyposażenie i sposób pracy bardzo mu
zaimponowały. Drugą była zintegrowana szkoła zbiorcza Roderbuch, w której
został przyjęty przez jej ówczesnego dyrektora B. Rittera.
Uzgodniliśmy z kuratorem, że będziemy
dyskutować o różnych stylach wychowawczych. Obiecał, że przekaże
ministrowi w Warszawie swoje pozytywne wrażenia i na tej podstawie
opracuje propozycje reform. W Polsce było już wtedy wiele inicjatyw i
propozycji odkładanych do szuflady, które odnosiły się do rozmaitych
pomysłów reformatorskich i konkretnych planów.
Niestety, rozwój sytuacji w Polsce
nie pozwolił na dalsze spotkania. Przełamanie systemu było tylko kwestią
czasu i każdy wiązał nadzieję z tym, co miało nastąpić, z polepszeniem i
podstawowymi reformami.
W tym miejscu nie chciałbym się
wypowiadać o późniejszych wydarzeniach, które nastąpiły od roku 1990,
szczególnie o uwagach polskich kolegów, że bardzo często wprowadzając
zmiany nie kierowano się ani radą ani długoletnim doświadczeniem polskich
czy zagranicznych specjalistów od dydaktyki, praktycznego zastosowania i
nauki.
Dano nam, nauczycielom, wielką szansę
i istnieje ona nadal: poprzez wzajemne poznanie się i wspólną pracę
rozpoznać uprzedzenia jako takie i zanalizować ich powstawanie. Tylko tak
można usunąć nieporozumienia, zlikwidować uprzedzenia i napięcia i
stworzyć płaszczyznę przyjaźni.
Ta problematyka jeszcze istnieje, oto
dwa przykłady.
Obecnie uprzedzenia znikają same, na
przykład to o leniwych i nieodpowiedzialnych polskich robotnikach.
Wszędzie w Europie Zachodniej obecnie są poszukiwani i zatrudniani
rzetelni i zmotywowani rzemieślnicy i robotnicy sezonowi z Europy
Wschodniej, kobiety i mężczyźni, ponieważ potrafią dobrze i solidnie
pracować. A dlaczego? Ponieważ są godziwie i coraz lepiej opłacani.
Istnieją dwa powody powstawania tych
negatywnych stereotypów. Pierwszy – socjalno psychologiczny: w krajach
należących do Drugiego Świata lojalność wobec rodziny ceniona jest bardzo
wysoko, inne zobowiązania należą do niższej kategorii. Drugi powód ma
podłoże ekonomiczno-polityczne: ludność, która w dużym stopniu musi
pracować za nędzne wynagrodzenie dla obcej władzy lub właściciela lub też
prowadzącej pasożytnicze życie warstwy wyższej, broni się tam, gdzie może.
Prowadzi to do powstania elementów długotrwałego narodowego oporu. W tym
kontekście należy widzieć (wcześniejszy) bardzo ścisły związek między
polską tożsamością narodową i katolicyzmem.
Z drugiej strony: jeden z poznańskich
naukowców, z którym od lat jestem zaprzyjaźniony i z którym (wcześniej)
czasami wódkę wypiłem, wznosząc toast „za zdrowie radzieckiej marynarki
wojennej” mówił zawsze: „Do dna!”. Nie zrozumiałem za pierwszym razem
podwójnego znaczenia. Jest to jeden z kąśliwych stereotypów o Rosjanach, o
„wielkim bracie”, jak go się długo strachliwie i jednocześnie w sposób
wyrażający sprzeciw nazywano.
Po długich latach znajomości zdradził
mi też inny agresywny stereotyp z Poznańskiego: ponieważ jego rodzice
wcześnie zmarli, wychowywała go babcia, którą bardzo kochał. Gdy była na
niego zła, mówiła do niego: „Ty Lutrze!”. Stary negatywny stereotyp
Polaka z Poznańskiego o protestanckich Niemcach, którzy trzymali władzę i
mieli posiadłości ziemskie.
Podałem przykłady. Rozliczenie się z
wielością zawartych w literaturze, piosenkach czy opinii publicznej a
przede wszystkim w dokumentach historycznych uprzedzeń, może i musi nadal
być zadaniem szkół europejskich. I jak myślę, my wszyscy ciągle
próbowaliśmy w ramach naszych możliwości to osiągnąć.
tłumaczyła: Małgorzata Ulanicka
Impressum für diese Seite
Festvortrag zum 25.
Jubiläum der Schulpartnerschaft zwischen der Bismarckschule Hannover und dem V.
Lyceum in Poznań im September 2008
Textfassung:
Festvortrag_080917_Endfassung.doc
Autor: Dr. Lothar
Nettelmann (OStR Bismarckschule Hannover).
Verantwortlich für die
Internetpublikation: Gerhard Voigt, OStR i.R.
Bismarckschule.Voigt@gmx.de
http://www.Bismarckschule.de
Alle Urheberrechte
vorbehalten. Freie Verwendung für Zwecke der Bildung und Ausbildung in Schulen
und Hochschule ist zugestanden.
Für die Internetpublikation
revidiert am 6.08.2009 und 07.07.2011
Polnische Übersetzung von Małgorzata Ulanicka
|